
Jakiś czas temu, późną jesienią, podróż z Nowego Jorku do Warszawy przeniosła mnie w inny wymiar dorosłości. Przeciskając się taksówką przez paradę Halloween na Manhattanie, pełna niepokoju o zagrożoną ciążę, chorych rodziców i stęskniona za dwuletnią córeczką, której nie widziałam od ponad dwóch tygodni, cudem zdążyłam na samolot. Cieszyłam się, że jeszcze tylko dziewięć godzin lotu dzieli mnie od domu.
Nad Warszawą okazało się, że samolot musi podejść do awaryjnego lądowania – bez podwozia. Kolejna godzina krążenia nad miastem, niezbędna, aby zabezpieczyć okolice lotniska i zużyć nadmiar paliwa, była wyjątkowym czasem bycia. Bez możliwości najmniejszego wpływu na bieg wydarzeń, czułam niezwykły spokój, zatrzymanie i osadzenie w świadomości, że liczy się tylko tu i teraz. Odczuwałam te chwile bez interpretowania słowami pojawiających się wrażeń, w połączeniu z wszechświatem i z zaufaniem.
Miałam ogromne szczęście, że ten moment poprzedzał długi okres intensywnej praktyki jogi i skupienia. Czułam się przygotowana najlepiej jak tylko możliwe do ważnego egzaminu. Ale parę miesięcy później życie przejęło kontrolę, przynosząc lawinę przytłaczających wydarzeń. Przez kolejne lata nieraz zdarzało się, że z tęsknotą wspominałam ten spokój sprzed awaryjnego lądowania, który dziś postrzegam jako rodzaj szczególnej uważności, najgłębszej medytacji.
Po niedługim czasie odbyłam własny kurs MBSR , kiedy fizycznie nie czułam się na siłach, aby powrócić nawet do praktyki jogi. Warto było. Stał się on początkiem nowej niesamowitej podróży, która ponownie zaprowadziła mnie do miejsca prawdziwego spokoju, osadzenia i stworzyła przestrzeń do realizowania pasji, o których nawet nie wiedziałam. To podróż do wolności. Podróż do siebie.